|
 |
|
 |
Wolontariuszki: Dominika Kukla, Joanna Ciepał (Polska)
Numery projektów: 21-PL-157-2001-R4, 21-PL-158-2001-R4 Czas realizacji: 7-28.09.2001 (projekt krótkoterminowy) Nazwa projektu: Isle of Wight Youth and the Polish Community (0-UK-436) Organizacja goszcząca: Sandown High School International Committee (Wielka Brytania) Organizacja wysyłająca: Klub Absolwentów XXVIII LO (Polska) Adres: ul. Czackiego 11, 30-501 Kraków tel.: (0-pfx-12) 647 51 55 e-mail: szkola@28lo.kki.krakow.pl
NASZE WSPÓLNE LOSY
Raport z krótkoterminowego projektu odbytego na The Isle of Wight w Anglii w dniach od 4.09.01 - 26.09.01.
Celem raportu jest z jednej strony podsumowanie naszego pobytu na wyspie, z drugiej zaś przedstawienie bardzo interesujących, naszym zdaniem, wspomnień niektórych spotkanych na the Isle of Wight członków tamtejszej społeczności polskiej. To, co usłyszałyśmy i zobaczyłyśmy, stanowi niewątpliwie ważne ogniwo polsko-brytyjskiego łańcucha.
Raport ten dedykujemy wszystkim Polakom, których spotkałyśmy w Anglii.
II wojna światowa
Ważne wydarzenia dot. polsko- brytyjskich związków : - Polski Rząd w Londynie - Wspólna walka przeciw wrogowi. - Udział polskich lotników w bitwie o Anglię. - Rozkodowanie przez polskich naukowców szyfru „Enigmy”, co pozwoliło Brytyjczykom na odbieranie informacji o celach ataków niemieckich bombowców. - Brytyjskie zezwolenie na osiedlenie się polskich żołnierzy w Wielkiej Brytanii po wojnie - Maj 1942 r. - polski statek „O.R.P. Błyskawica” broni miasta Cowes na the Isle of Wight
Wyspa Wight zachwyciła nas swoim pięknem, zielonością i błękitem. Wszystko na około przyciągało uwagę jako zupełnie inne od polskiego krajobrazu. Od samego początku zaczęłyśmy także dostrzegać odmienność tamtejszego stylu życia. To wszystko sprawiało, że nasze wątpliwości, co do zasadności podjętych działań wolontariackich odsunęłyśmy na plan dalszy, a trzytygodniowy pobyt na wyspie zaczęłyśmy traktować jako ekscytującą przygodę.
Jakie to szczęście móc penetrować miejsca, które zauroczyły nas swoim pięknem od pierwszego spojrzenia. Nadzwyczajne widoki, które przykuły naszą uwagę, jeszcze bardziej piękniały kiedy w poczuciu dobrze przeżytego dnia, pełnego spotkań z interesującymi ludźmi, miałyśmy szansę na własne przemyślenia w czasie spacerów wzdłuż plaży, bądź też po ścieżkach klifów.
Spotkania z różnymi ludźmi i rozmowy z nimi, będące specyficzną „wymianą kulturową”, dzieleniem się własnymi i poznawaniem innych doświadczeń, zwyczajów i poglądów na życie, stanowiły najważniejszą i najistotniejszą część naszych dni na the Isle of Wight.
Po pierwsze, odwiedziłyśmy trzy szkoły, co dało nam wgląd w Brytyjski system edukacyjny. Podczas trzech tygodni pobytu regularnie chodziłyśmy do szkoły średniej w Sandown. Było to miejsce, gdzie znajdowało się biuro organizacji nas goszczącej – Międzynarodowego Komitetu Sandown High School. Tam również spotykałyśmy Panią Vicky Eliot – naszego mentora. Razem z nią analizowałyśmy poszczególne etapy projektu. To Ona pomagała nam podejmować decyzje, co do wyboru osób, które należałoby włączyć w badania ankietowe. Przed Vicky nie miałyśmy tajemnic. Jej osobowość zachęcała do wynurzeń, pozwalała uciszyć tęsknotę za rodziną i bliskimi i.. co bardzo ważne, była okazją do wyjaśnień dotyczących różnych językowych „ciekawostek” których w codziennej angielszczyźnie nie brakowało!!!
Bardzo szybko zaprzyjaźniłyśmy się z Sandown High School i uznałyśmy to miejsce za jedno z najbardziej nam przyjaznych nie tylko ze względu na Vicky Eliot i naszego gospodarza, Mike Jones’a, który pracuje w tej szkole jako nauczyciel historii, ale także ze względu na wielu innych napotkanych tam ludzi, zarówno nauczycieli, jak i pozostałych pracowników szkoły oraz niektórych uczniów.
Jeden dzień spędziłyśmy w szkole w Lake, która mogłaby być uznana za odpowiednik polskiego gimnazjum. Co ciekawe, funkcję dyrektora sprawuje tam Polak. Przywitał nas serdecznie i zachęcił swoich uczniów, by zadawali nam pytania dotyczące polskiej rzeczywistości, tradycji i historii. Zapamiętałyśmy to spotkanie jako bardzo cenne doświadczenie. Wiemy już teraz doskonale, co w praktyce oznacza termin „poczucie tożsamości narodowej”!
Wizyta w szkole podstawowej w Shanklin uzupełniła obraz dot. szkolnej edukacji w Anglii. Rozmowa z dyrektorem, spotkanie z uczniami, przejście po budynku szkolnym pozwoliły na sformułowanie bardzo osobistych wniosków porównawczych dot. nauczania i nauczycieli w Anglii i w Polsce.
Czas spędzony w angielskich szkołach i spotkania z ich społecznościami stanowił ważny element projektu szczególnie dla Dominiki, która w przyszłości zamierza podjąć pracę nauczyciela. Po doświadczeniach projektu krótkoterminowego Dominika rozważa podjęcie pracy z dziećmi w angielskiej szkole podstawowej
Oprócz spotkań wynikających z realizacji projektu miałyśmy okazję poznać wiele osób w czasie wieczorów spędzonych w pubach i restauracjach. Był to przede wszystkim czas zabawy, ale także mniej sformalizowanego i wyjątkowego poznawania innej tradycji i nieco odmiennego stylu myślenia.
Wszystkie te spotkania i nowe znajomości były bardzo przyjemne i interesujące. Nic jednak nie zastąpi wzruszających wizyt u Polaków mieszkających na the Isle of Wight.. Będąc w ich domach, rozmawiając z nimi, słuchając ich historii, znalazłyśmy małą cząstkę Polski, oddaloną setki kilometrów od kraju macierzystego. Dzięki tym spotkaniom uświadomiłyśmy sobie, jak wiele wspólnych chwil i wynikających z nich konsekwencji łączy Polaków i Anglików.
Drzwi czarującego domku w Shanklin były pierwszymi, do których zadzwoniłyśmy po naszym przyjeździe. Siedemdziesięcioletnia pani przywitała nas z uśmiechem na twarzy. Szczerze ucieszyła się z naszego przyjazdu. Poprowadziła nas do jadalni, gdzie usiadłyśmy przy stole pełnym gorących potraw. Bardzo szybko przekonałyśmy się o tym, że pani domu czekała na to spotkanie. Chociaż nigdy wcześniej nie poznałyśmy Anny Kowalskiej, jej sposób bycia sprawił, że od samego początku czułyśmy się wspaniale w Jej towarzystwie. Wyraźnie dająca się odczuć szczera chęć goszczenia polskich dziewcząt, fotografie, książki i przeróżne pamiątki z Polski stworzyły ciepłą przyjazną atmosferę.
Kiedy rozkoszowałyśmy się „specjałami” przygotowanymi przez Annę, Ona opowiadała nam o życiu Jej i jej męża Władysława Kowalskiego. Opowieść rozpoczęta tamtego wieczoru była kontynuowana także w czasie kolejnych dni pełnych rozmów o Annie i Władysławie. Nie była to zapewne zwyczajna historia małżeńska.
Wszystko zaczęło się wczesnym wieczorem zimy 1951 roku w Szwajcarii. Stoki gór przykryte były grubą warstwą białego śniegu, a pogoda była wymarzona na jazdę na nartach. W hotelowej restauracji słychać było głosy turystów rozgrzewających się przy posiłku. Śliczna młoda Niemka i przystojny czterdziestoletni Polak byli wśród nich. Żadne z nich nie spodziewało się, że kilka dni odpoczynku w szwajcarskich górach stanie się niezwykle ważnym początkiem ich znajomości. Szczęśliwie, kelner poprosił ich o zajęcia miejsca przy tym samym stoliku podczas kolacji. W ten sposób się poznali.
Po trzech dniach musieli się jednak pożegnać. Wyruszyli w przeciwnych kierunkach, wracając do swoich krajów oddalonych od siebie setkami kilometrów. Mieli podstawę do tego, by myśleć, iż nigdy więcej się nie spotkają. Życie jednak często zaskakuje nas swoimi „niespodziankami”. I tym razem tak się stało. Po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej Anna przyjechała do Londynu. Postanowiła wyjechać ze swojego kraju na jakiś czas. Nigdy wcześniej nie brała pod uwagę takiego rozwiązania. Niespodziewanie dla Niej samej wyjazd do Anglii wydał się ekscytującym wyzwaniem. Zamieszkała w Londynie. Zaczęła spotykać się z Władysławem. Znajomość przerodziła się w wielką przyjaźń, a potem................. miłość. Po kilku latach pobrali się. Stali się członkami brytyjskiego społeczeństwa. Pracowali dla niego – Anna, jako jako wykwalifikowana pielęgniarka, Władysław – jako wszechstronnie wykształcony na Uniwersytecie Lwowskim księgowy. Ich córki urodzone w Wielkiej Brytanii czuły się także brytyjskimi obywatelkami. Wzrastały wśród angielskich dzieci i otrzymały edukację w tamtejszych szkołach. Jednakże pamięć o „korzeniach” była bardzo żywo wpleciona w ich codzienne życie.
Kiedy dobiegały końca godziny pracy, Anna i jej mąż Władysław zwykli byli rozmawiać na różne tematy związane z polską historią, tradycją i kulturą. Nic więc dziwnego, że znajomości faktów z historii i kultury Polski mógłby Annie pozazdrościć niejeden Polak. Mężowi Anny w czasie czterdziestu lat małżeństwa udało się wzbudzić w sercu żony miłość i oddanie do Jego kraju. Władysław był żołnierzem polskim walczącym w czasie wojny o niepodległość. Jego żołnierski los rozpoczął się 1 września 1939 roku, kiedy o 4.45 rano Niemcy, bez uprzedzenia, zaatakowali Polskę. Władysław po tajemnie opuścił Polskę i przez Czechosłowację, Węgry, Jugosławię dostał się do Francji aby w końcu dotrzeć do Szkocji, gdzie znajdowała się baza polskich żołnierzy.
W 1942 roku dostał rozkaz wyruszenia do Rosji i do Uzbekistanu, by wziąć udział w formowaniu II Korpusu gen. Andersa. Mały skórzany notesik z zapiskami z tej długiej i przerażającej wyprawy leży schowany wśród innych notatek w pokoju w Shanklin, który niegdyś był gabinetem Władysława. Trzymałyśmy ten dokument w naszych rękach i mogłyśmy podążać tropem tamtejszej wędrówki, czytając o sztormach, bombardowaniach, walkach i ciągłej świadomości zagrożenia ze strony agentów NKWD.
Władysław uwielbiał robić zdjęcia i podczas wojny nie rozstawał się z aparatem. Miałyśmy więc okazję zobaczyć fotografie zrobione w czasie lat wojennych, przedstawiające miejsca, w które rzucał żołnierza los. Nawet piramidy egipskie z lat 40-tych dwudziestego stulecia schowane są w jednej z szuflad Anny.
Droga przez padół ziemski zarysowana jest także na pożółkłych ze starości kartkach notatnika z adresami. Jest wypełniony nazwiskami przyjaciół Władysława, których poznał w różnych krajach.
Przeglądanie wszystkich tych dokumentów stało się dla nas lekcją historii, diametralnie różną od tej, którą znamy z podręczników, bo przede wszystkim ukazaną z indywidualnego punktu widzenia.
Władysław przetrwał wojnę. Stracił jednak swojego młodszego brata, który walczył w Siłach Powietrznych w 308 dywizjonie. Został zestrzelony w 1944 roku nad Francją. Był wtedy dwudziesto-ośmioletnim mężem i ojcem małego chłopczyka i dziewczynki. Nigdy nie dane mu było wrócić do domu. Jego imię wygrawerowane jest pomiędzy innymi na pomniku Polskich Lotników w Northolt w Londynie.
W 1945 roku Władysław Kowalski stał się jednym z półtora miliona Polaków, których los rzucił w różne strony świata. Niektórzy z nich wrócili do Polski. Jednym z nich był dobrze Polakom znany, przyjaciel Władysława, poeta - Władysław Broniewski.
Mąż Anny zdecydował, że nie powróci po wojnie do kraju. Pozostanie na obczyźnie. Doskonale zdawał sobie sprawę z powojennej sytuacji Polski. Zwykł mówić, że walczył o niepodległy kraj, a nie o następną część ziemi będącej pod panowaniem radzieckim. Wybrał więc Londyn, gdzie wciąż jeszcze istniał demokratyczny, polski rząd. W 1947 roku Władysława objęła demobilizacja. Jednak jeszcze wiele lat później pamiętano o jego żołnierskich zasługach i uhonorowano nadając stopień majora.
W latach 80-tych Władysław wraz z rodziną przeniósł się na Isle of Wight. Spędził tam kilka lat swojego życia aż do dnia śmierci, która nastąpiła 6 lipca 1993 roku. Po przejściu na emeryturę skoncentrował całą swą uwagę na pisaniu książki na temat polskiej historii. Ukończył pracę nad nią, lecz jego choroba nie pozwoliła mu na dopełnienie wszystkich formalności związanych z jej edycją. Miejmy nadzieję, że opowieść o przeszłych wydarzeniach związanych z Polską, napisana w języku angielskim przez Polaka żyjącego w Anglii, zobaczy wkrótce światło dzienne.
Władysław brał udział w wielu bitwach. Jedną z nich była bitwa pod Monte Casino, gdzie polscy żołnierze walczyli u boku angielskich przeciwko wojskom niemieckim.
Kolejna opowieść dotyczy wspólnych wojennych przeżyć polskich i angielskich żołnierzy.
Słonecznego poniedziałkowego poranka złożyłyśmy wizytę państwu Smithsom, mieszkającym w Brading. Siedzieliśmy wszyscy razem w jasnym saloniku i kosztowaliśmy typowe angielskie bułeczki – „scones”. Rozmawialiśmy o wydarzeniach sprzed dziesiątek lat. Dla większości, historie wojenne znane są jedynie jako te kiedyś przeczytane lub zasłyszane. Żyją jednak ludzie, którzy ich doświadczyli. Choć działo się to wiele lat temu, pamięć o tamtych latach wciąż istnieje w ich sercu.
Smithowie poznali się przed wojną na przyjęciu noworocznym w Londynie. Można sobie wyobrazić kolorowe światełka, petardy, świecidełka, i balony. Wszyscy świetnie się bawili nie przeczuwając przyszłych dni pełnych nieszczęść. Młody mężczyzna i młoda kobieta również nie myśleli o nadchodzącej wojnie. Byli pewni jedynie tego, że się kochają i chcą razem przejść przez życie. To był początek ich wspólnej drogi.
W 1939 roku spędzali urlop na wyspie Wight w pobliżu Cowes. Gawędzili sobie, kiedy ktoś zapukał do drzwi i poprosił o opuszczenie hotelu. Mężczyzna tłumaczył, że cała wyspa jest przygotowywana na przyjęcie angielskich dzieci z głównego lądu – dla bezpieczeństwa. Narzeczeni spakowali więc walizki i wrócili do Londynu. Sytuacja na świecie stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Pomimo ciągłej niepewności o dzień jutrzejszy postanowili się pobrać. Był rok 1940. Na przekór wszystkiemu postanowili spędzić miodowy miesiąc na the Isle of Wight, starając się nie myśleć tylko o swoim szczęściu. W tamtej sytuacji już samo dotarcie na Wyspę wiązało się z poważnymi kłopotami. Smithowie byli nieugięci. Przybyli na miesiąc miodowy do Ventnor. W czwartym dniu pobytu w Ventnor młodego męża powołano do wojska. Nie miał wyboru. Zabrał swoją młodą żonę do Londynu i przywdział wojskowy mundur. Od tamtego pamiętnego dnia przestał być cywilem i musiał przywyknąć do wydawanych mu rozkazów. Przez pewien czas Smithowie mieli szczęście poruszać się po kraju razem. Po kilku miesiącach przyszła na świat ich córeczka. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia 1942 roku. Smithowie wciąż byli razem. Myśleli o 24 grudnia i o zapachu pieczonego indyka, którego udało się im zdobyć. Nie przypuszczali, że Te Święta przyjdzie im spędzić osobno. Młody ojciec musiał opuścić rodzinę. Po otrzymaniu rozkazu pomógł żonie i córeczce wsiąść do pociągu zmierzającego w kierunku Londynu. Było to ostatnie spotkanie przed trzy i pół- letnią rozłąką. Ani pan, ani pani Smith, nie wiedzieli, gdzie będą walczyć zmobilizowani żołnierze. Parę dni później Pan Smith zorientował się, ze jest w Glasgow. Żandarmeria i policja były wszędzie. Nie chcieli dopuścić do ewentualnych ucieczek. W oddali widać było czekający na żołnierzy statek. Zamiast indyka i rodzinnej atmosfery pan Smith musiał zaakceptować kolację na zatłoczonym statku, trzymając w swoich dłoniach talerz z ryżem, kawałkiem baraniny i szklanką lemoniady. Po dziesięciodniowej podróży dotarli do Algierii, gdzie mieli stworzyć I armię.
W tym samym czasie setki kobiet w Anglii zastanawiało się, gdzie są ich mężowie, ojcowie i bracia. Wśród nich była również przerażona niewiadomą pani Smith. Słyszała w radiu skierowane do rodzin żołnierzy „rządowe przeprosiny” za tak niespodziewaną w czasie świątecznym akcję. Wciąż jednak nie wiedziała, gdzie wtedy przebywał jej mąż. Przez trzy miesiące, dwa razy w tygodniu chodziła do kina, by oglądać kronikę wojenną. Pewnego dnia zobaczyła na ekranie, na jednym z czołgów, dobrze jej znane emblematy. Wtedy już wiedziała gdzie walczy Armia Pierwsza.
Osamotnione kobiety, nie zważając na odległość, jaka dzieliła ich od swoich mężczyzn, czyniły starania, aby przesyłać żołnierzom coś, co przypominałoby im rodzinny dom. Dlatego też, choć tak trudno było o składniki takie jak mąka, jajka i rodzynki, udawało się im piec ciasta i wysyłać z wyczekiwanymi przez mężów listami. Czasami dodawały nawet małe, aromatyczne mandarynki, które były w Anglii rzadkością. Szkoda, że długa droga, jaką musiały przebyć pieczołowicie przygotowane przez kobiety pakunki, powodowała, że kiedy żołnierze otwierali swoje paczki, wszystko było już jedynie pleśnią. Co więcej, na algierskiej ziemi było tysiące mandarynek.
Z Algierii I Armia ruszyła do Włoch i właśnie tam, uczestnicząc w bitwie pod Monte Casino pan Smith spotkał polskich żołnierzy. Nie wiedzieli o tym, ale pan Smith był tam razem z panem Władysławem Kowalskim. Pan Smith z wielką sympatią wspomina poznanych polskich żołnierzy. Po wielu latach po wojnie zdecydował się rozpocząć pracę nad kilimem, który byłby swego rodzaju hołdem dla tych, którzy brali udział w tamtych tragicznych wydarzeniach. Dwie flagi - polska i brytyjska – symbolizują wspólne losy obu narodów. Jest także zdanie wypisane w języku polskim – „Za naszą i waszą wolność”. W 2000 roku kilim został poświęcony w londyńskim kościele i podarowany polskim weteranom.
Warto dodać, że to właśnie z inicjatywy Pana Smitha, Anglika, zostało zorganizowane spotkanie członków Stowarzyszenia I Armii ze społecznością polską w Anglii. Od tej pory wielu z członków obydwu stowarzyszeń pozostaje w stałym kontakcie.
Wspomnienia pana Smitha są dowodem na to, że mimo wielu odrębności historycznych, kulturowych, obyczajowych itd. są możliwe przyjazne związki ponadnarodowe i ponadczasowe, o które w obliczu tragicznych skutków nienawiści i niechęci między narodami należy szczególnie zabiegać i pielęgnować.
Kolejne spotkanie, kolejna historia..... ....
Z panem Stanisławem Błońskim spotkałyśmy się przy Ratuszu w miasteczku Ryde. Zabrał nas do swojego domu, gdzie mieszka wraz z żoną Kate. Spędziłyśmy tam kilka godzin słuchając jego niewiarygodnej i przerażającej historii.
Jego rodzice byli przed wojną właścicielami farmy w Grodnie. Kiedy po raz pierwszy przybyli na to miejsce, wszystko było całkowicie opuszczone, zrujnowane, a ziemia zaniedbana. Dzięki ciężkiej pracy mogli - po kilku latach - pozwolić sobie na utrzymanie dużego domu, służby i dwóch parobków. Gdyby nie wojna, która zniszczyła miliony istnień ludzkich, Stanisław mógł mieć niezapomniane dzieciństwo, bawiąc się ze swoimi dwoma braćmi i siostrą.
1 września 1939 roku Polskę zaatakował Hitler. Nie był to jednak jedyny wrześniowy atak. Siedemnastego dnia tego samego miesiąca, o 4 godzinie nad ranem, rosyjskie wojska przekroczyły wschodnią granicę Polski. Hitler i Stalin wzięli Polskę i jej los w swoje szpony. Tajemny Pakt Ribbentrop - Mołotow dotyczący podziału ich wpływów w Polsce i krajach bałtyckich, w przypadku politycznych i terytorialnych zmian, został podpisany jeszcze 23 sierpnia 1939 roku. W praktyce było to porozumienie, które miało być podstawą do przeprowadzenia czwartego rozbioru Polski.
Grodno walczyło ze wschodnim agresorem przez pięć dni. Każde dziecko i starzec, kobieta i mężczyzna, zaangażowani byli w kopanie rowów i stawianie barykad. Niestety przegrali tą bitwę. Zaczęło się piekło. Nie była to walka tylko i wyłącznie polsko-rosyjska. Wywiązały się również walki narodowościowe między Polakami, a Ukraińcami i Białorusinami. Komunistyczna propaganda przez lata szerzyła nienawiść do polskiej „burżuazji”. Dlatego też wyżej wymienione narody w obliczu chaosu, przeprowadziły okrutną egzekucję na Polakach. Podpalane były domy i wielu ludzi ginęło w okrutny sposób. Pan Stanisław wspomina, że wszędzie słychać było krzyk.
10 lutego 1940 roku oficerowie NKWD zapukali do drzwi rodzinnego domu pana Stanisława. Cała rodzina została zabrana na stację kolejową i wpędzona do jednego z zatłoczonych wagonów. Zostali zmuszeni do wyjazdu na Syberię w warunkach poniżej wszelkich praw ludzkich i ludzkiej godności. Niektórzy nie znieśli tej wyprawy i postradali zmysły. Samobójstwa też nie należały do rzadkości. Przerażająca podróż trwała dwa miesiące. Pomimo, iż był to czas horroru, bólu i nieszczęścia miało się wkrótce okazać, że to zaledwie początek walki o przeżycie. Po przyjeździe do Archangielska zamieszkali w jednym z baraków z kilkoma innymi rodzinami. Ojciec pana Stanisława tracił swoje zdrowie i siły pracując ciężko przy ścinaniu drzewa. Zdobycie pożywienia dla swoich dzieci było codzienną, nieustanną troską Jego matki.. Pan Stanisław doskonale pamięta widok małego konika ciągnącego drewniany wóz. W tamtej rzeczywistości był to zwiastun niezwykłego święta – kolacji z kawałkiem mięsa z niedźwiedzia. Pamięta także, że zdarzało się, że ludzie puchli z głodu. Każda rodzina miała dzienny przydział chleba w postaci jednego bochenka. Zdarzyło się, iż Stanisław, jako trzynastoletni chłopiec, straszliwie głodny, trzymając chleb w dłoniach, nie mógł oprzeć się jego zapachowi i zjadł go, zanim dotarł do domu. Przerażony tym, co zrobił wrócił do biura i wytarł gumką zapisany ołówkiem krzyżyk przy nazwisku rodziny Błońskich. W ten sposób chciał uzyskać prawo do następnego przydziału. Niestety został zauważony przez czujną intendentkę, która natychmiast wezwała oficera. Po chwili mały Stanisław stał przerażony i roztrzęsiony słuchając obelżywych i ostrych słów żołnierza. Był świadomy konsekwencji – jeżeli sytuacja się powtórzy - Jego ojciec zniknie na zawsze.
Z miesiąca na miesiąc życie stawało się coraz cięższe. Ludzie na Syberii, z daleka od centrum świata wojny nie przypuszczali, że ich życie wkrótce się odmieni.
Hitler i Stalin mieli różne zdania w wielu sprawach. Spierali się o podział wpływów. Stalin według Hitlera chciał zbyt wiele. Dlatego też doszło do powstania planu Barbarossa, dotyczącego niemieckiego ataku na Rosję. Stało się to 22- czerwca 1941 roku.
Pewnego dnia zapłonęły archangielskie lasy. Rosyjscy żołnierze przybyli na swych koniach i oznajmili Polakom, że są wolni. Takie były początki powstania II korpus pod dowództwem gen. Andersa.
Rodzina pana Stanisława zajęła swoje miejsce w pociągu kierującym się w stronę Taszkientu. Nie była to przyjemna podróż. Brak pożywienia i leków oraz liczne choroby spowodowały śmierć wielu ludzi. W końcu dotarli do morza. Statki czekały, by wziąć umęczonych pasażerów do Iranu. Wśród nich była cała rodzina Błońskich. Niestety ciężko chora matka Stanisława zmarła w szpitalu niedługo po przybyciu do Iranu. Władysław był załamany. Przygniotła go nie tylko śmierć matki, ale także odpowiedzialność za młodszego brata i siostrę. Ojciec i starszy brat służyli już w wojsku. Stanisław chciał odnaleźć ojca przed pogrzebem matki, co wydawało się zgoła niemożliwe. Miał jednak szczęście. Przypadkiem spotkał żołnierza z oddziału ojca. Po kilku dniach starszy Pan Błoński przybył do Teheranu. Odbył się pogrzeb matki Stanisława. Została pochowana na cmentarzu w Teheranie. Dwójka najmłodszych dzieci znalazła się w sierocińcu w RPA. Stanisław natomiast, zaczął uczęszczać do szkoły kadetów. Nieco później zgłosił się jako ochotnik do służby w II korpusie. Odtąd było ich już trzech Błońskich walczących w armii Andersa. : Pan Błoński opowiadał nam jak ciężkie były walki dodatkowo obciążone okrutnymi warunkami klimatycznymi, zwłaszcza te w Egipcie. Z Egiptu żołnierze Andersa przeszli do Włoch, a następnie do Anglii, kiedy wojna dobiegła końca. Pan Stanisław jest tam od czterdziestu lat. Ożenił się z Angielką. Mają córkę, syna i wnuczki. Anglia stała się jego domem.
Ojciec Pana Stanisława po walkach pod Monte Cassino i dotarciu do Anglii, wyemigrował do Kanady. Najstarszy z synów podążył tą samą drogą. Najmłodszy z braci został z siostrą w Afryce. Po dziś dzień rodzeństwo mieszka tysiące mil od siebie. Ich ojciec, siedem lat przed śmiercią, powrócił do Polski. Praktycznie więc, dzieci nie mają możliwości odwiedzania ani grobu ojca, ani też matki, która spoczywa w Tehereanie. Pan Stanisław żałuje, że rodzina nie może być bliżej siebie.
I jeszcze jedno spotkanie........................
Po niedzielnej Mszy Św. miałyśmy przyjemność porozmawiać z przemiłym starszym panem, Janem Grzegorczykiem. Wypiliśmy razem kawę w przykościelnej kawiarence, po czym Pan Jan zaprosił nas do swojego domu, na domowej roboty ciastka, jego „autorstwa”. Jan Grzegorczyk był także jednym z tysięcy dzieci wysłanych na Syberię. Tym razem jednak nie rozmawiałyśmy zbyt wiele o bolesnej przeszłości. Spędziłyśmy dwie wieczorne godziny na gawędzeniu i rozpamiętywaniu ostatniej wizyty Polaka z wyspy Wight w Polsce. Pan Grzegorczyk i Jego syn są właścicielami ogromnej farmy ogórków. Pokazał nam wszystkie szklarnie i budynki oraz objaśnił pokrótce zasady działania maszyn. Nigdy wcześniej nie widziałyśmy takiego miejsca.
Jeszcze jedną rzecz będziemy pamiętać na pewno – pyszną czekoladę w domu rodziny Zielińskich. Powitali nas z typową polską gościnnością, poświęcając nam swój wolny czas. Ich historia jest nieco różna od tych przytoczonych dotychczas. Państwo Zielińscy zamierzają wrócić do Polski, jak tylko pani Ewa przejdzie na emeryturę. Teraz jednak wciąż pracuje jako lekarz na wyspie i także w Londynie. Żyją szczęśliwe i dostatnio, podobnie jak ich syn, synowa i wnuki, ale.....................marzą o powrocie do kraju.
Trzy ostatnie dni spędziłyśmy w Londynie. Widziałyśmy najważniejsze miejsca i zabytki stolicy Anglii. Byłyśmy także z wizytą w Muzeum Sikorskiego, co umożliwiło nam zdobycie wielu dodatkowych informacji na temat wojennych losów Polaków.
Pobyt w Anglii i praca nad projektem były fascynujące. Nigdy tych dni nie zapomnimy.
Dziękujemy wszystkim, którzy spędzając tam z nami czas sprawiali, że daleko od Polski, czułyśmy „polskość” wokół siebie.
Dominika Kukla, Joanna Ciepał
|
|
 |
|
|
 |
| |
|