|
 |
|
 |
Wolontariuszka: Agnieszka Moskwiak
Nr projektu: 21-PL-192-2002-R3 Czas realizacji: 2002-09-19 - 2003-09-18 Kraj goszczący: Włochy Nazwa projektu: Ludovaggiando (98-IT-69) Organizacja wysyłająca: Diakonia Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP Adres: ul. Miodowa 21, 00-246 Warszawa tel.: (0-22) 887 02 07 e-mail: diakonia-kosciola@diakonia.org.pl
Rok na Sycylii /2003-10-10/
Jestem doświadczoną wolontariuszką - teraz mogę już tak o sobie powiedzieć. Właśnie wróciłam do Polski po rocznym pobycie na Sycylii w ramach Wolontariatu Europejskiego (EVS). Na wyjazd zdecydowałam się na początku 2002 roku. Nie wiedziałam jak wielką przygodę przeżyję i jak wiele nauczę się w ciągu roku spędzonego we Włoszech. 
Chociaż nie, nie mogę powiedzieć, że był to rok spędzony we Włoszech. Był to rok na Sycylii. Sycylia jest regionem autonomicznym, a mieszkańcy wyspy czują się przede wszystkim Sycylijczykami, a dopiero potem Włochami. Tego nauczyłam się już na samym początku. Wyjazd na Sycylię był moim wielkim marzeniem, a wiadomość o zatwierdzeniu przez Agencję Narodową mojej aplikacji bardzo mnie ucieszyła. Po ponad półrocznych przygotowaniach - procedurach aplikacyjnych, nerwach czy projekt zostanie zatwierdzony, czy wszystkie formalności zostały dopełnione, wyruszałam z Dworca Centralnego w moją roczna podróż po Sycylii i po kulturze włosko- sycylijskiej.
PODRÓŻ...
...z Warszawy na Sycylię trwała prawie 4 dni. Po drodze odwiedziłam kilka osób, wolontariuszy na projektach w Wiedniu i w Rzymie, bo takie były moje przystanki. Podróż pociągiem to chyba najlepszy sposób podróżowania. Najwięcej się widzi, spotyka się ciekawych ludzi, no i jest się najbardziej zmęczonym, ale przygody rekompensują trudy podróży. Najbardziej przerażeni wizją podróży pociągiem na koniec Europy są oczywiście rodzice. Im najtrudniej wytłumaczyć, że wszystko będzie w porządku.
Pociąg relacji Warszawa - Wiedeń pusty. W moi przedziale matka z dzieckiem. Okazuje się, że jest Norweżką, żoną dyplomaty z Wiednia. Rozmawiamy prawie przez całą podróż. Jest dziennikarką norweskiego miesięcznika dla kobiet i zajmuje się tematyką społeczną. Żegnamy się serdecznie na dworcu. W Wiedniu czeka na mnie koleżanka, wolontariuszką EVS (Wolontariat Europejski - European Voluntary Service), którą poznałam w Krakowie na szkoleniu przed wyjazdem. Spędzamy razem kilkanaście godzin krążąc po mieście. Już trochę zaczynam czuć, że zaczyna się mój wolontariat. Poznaję też innych wolontariuszy - Tinę z Finlandii. Ona już kończy swój pobyt w Wiedniu. Nie chce jeszcze wracać do Finlandii, ale tęskni za rodziną i chłopakiem.
Wiedeń jest przepięknym miastem, ale to tylko przystanek w mojej podróży. Wieczorem wsiadam do pociągu, który zawiezie mnie do Rzymu. Towarzystwo ciekawe - trzy Amerykanki podróżujące po Europie, Węgier udający się na studia, Polak z seminarium duchownego w Watykanie i ja wolontariuszka EVS. Nad ranem budzi mnie dźwięk skrzypiec. Węgier zrobił nam muzyczną pobudkę. Za oknem włoskie widoki, jak bardzo różne od krajobrazu polskiego czy austriackiego. Zieleń nie ta sama - włoska jest wypalona i prawie jej nie ma. Do Rzymu dojeżdżam około 10 rano. I od razu szok. Bałagan i hałas panującej na Roma Termini oszałamiają mnie. Jestem też już zmęczona podróżą. Walizki, a jest ich dużo, zaczynają mi ciążyć. Pokonanie kilkunastu peronów, aby dotrzeć do przechowalni bagażu zajmuje mi jakiś czas. Zaczynam żałować, że wzięłam tyle par butów, spodni, itd. W końcu docieram do przechowalni, gdzie pozbywam się bagażowego balastu aż do wieczora. W międzyczasie okazuje się, że moja koleżanka, też wolontariuszka, nie może przyjść po mnie, ponieważ musi pracować. Trudno.
Rzym jest ogromny i przerażający dla osoby, która go nie zna. To już mój trzeci raz w tym mieście, ale Wieczne Miasto nadal mnie onieśmiela. Spaceruję bez celu, ale w kierunku Bazyliki Św. Piotra. Nie jestem turystą, których w Rzymie jest bardzo dużo. Ten kraj stanie się na najbliższy rok moim domem. Nie mówię po włosku na tyle dobrze, by pytać przechodniów. Na razie posługuję się angielskim. Po całym dniu w Rzymie jestem naprawdę zmęczona. Chcę mieć tą podróż za sobą. Nie chcę już tych walizek, mam wszystkiego dość... Czekam na pociąg, który zawiezie mnie do ostatecznego celu mojej podróży.
Do pociągu wsiada tłum pasażerów, całe rodziny, bałagan, harmider, chcę uciekać... Wpadam w panikę, bo wydaje mi się, że pomyliłam pociąg. Miała być kuszetka, jest zwykły pociąg osobowy. Chcę wysiadać, nie mogę... Pociąg rusza. Moją łamaną "włoszczyzną" pytam kogoś, czy to pociąg do Palermo. Okazuje się, że tak. Jakiś przeuroczy pan, obwieszony złotem, pomaga mi włożyć walizki na półkę bez pytania mnie o zgodę. Trochę mi wstyd, gdy pyta co ja tam napakowałam. Do przedziału wsiada starsze, włoskie małżeństwo. Kłócą się. I tak będzie przez całą podróż. Czuję się jak we włoskim filmie. Nic nie rozumiem, wiem, że mówią o mnie. Chyba się jednak nie kłócą. Po kilku miesiącach pobytu we Włoszech zrozumiem, że tak wyglądają ich rozmowy. Nam, nie przyzwyczajonym do podniesionego głosu i gestykulacji północnym Europejczykom, rozmowa wydaje się kłótnią. Podróż przebiega spokojnie. Jestem już tak zmęczona, że niektóre bodźce ze świata zewnętrznego do mnie nie docierają. W Neapolu do mojego przedziału dosiada się jeszcze kilka osób. Przedział jest pełny. Idę spać. Zmęczenie wygrywa.
Nad ranem dochodzą do moich uszu jakieś dziwne odgłosy. Okazuje się, że właśnie przekraczamy Cieśninę Mesyńską dzielącą Sycylię od Włoch. Wreszcie jestem na Sycylii. Jeszcze tylko trzy godziny i naprawdę zacznę być wolontariuszką na projekcie EVS. Za oknem widać słynne sycylijskie morze. Dojeżdżam do Palermo. Nie mogę uwierzyć, że w końcu tu dotarłam.
CAROLA I OMBRETTA
Na dworcu czekaja na mnie Carola i Ombretta - moje mentorki, które przez cały rok będą się opiekować mną i innymi wolontariuszami. Jestem bardzo podekscytowana. Wszystko jest nowe, inne od tego, co znam. Dziewczyny są bardzo miłe, pytają mnie o podróż, o pierwsze wrażenia. Ja wyglądam przez okno samochodu. Chłonę wszystko - budynki, ulice, ludzi. Wszystko to na najbliższy rok stanie się "moje".
MIESZKANIE
Moje wyobrażenie o Palermo: " Stare, zniszczone wojną, nie odbudowane miasto". Pierwsze wrażenie: " Wysokie, nowoczesne bloki, brak ruin". Moje mieszkanie znajdowało się na trzeci piętrze nowoczesnego bloku w jednej z najlepszych dzielnic w centrum Palermo. Klatka schodowa bardzo elegancka, z portierem, który za każdym razem się kłania. Obszerna winda. Miła niespodzianka. W zimę niestety okaże się bardzo zimne. Sycylijczycy nie grzeją swoich mieszkań, ponieważ zima jest krótka i ciepła. Dla mnie była to najzimniejsza zima.
W trakcie pobytu na projekcie musieliśmy po 7 miesiącach zmienić mieszkanie. Drugie okazało się jeszcze większe i idealne na lato. Oprócz części mieszkalnej znajdował się ogród, który w lecie wybawił nas od wielkich upałów i gorącego, wiejącego z Sahary wiatru sirocco.
...WOLONTARIUSZE
Już przed wyjazdem wiedziałam, że w projekcie oprócz mnie uczestniczyć będą jeszcze dwie osoby: Francuzka (no świetnie - pomyślałam) i Belgijka, w innym projekcie tej samej organizacji "pracował" Hiszpan i Francuzka. Mieliśmy zamieszkać wszyscy razem.
Drzwi otwiera Virginie - Francuzka, z która będę dzielić pokój. Wita mnie uśmiechnięta. Ja muszę się przyznać, że do Francuzów jestem uprzedzona. Nie wiem dlaczego, ale myśl o dwóch Francuzkach w tym samym mieszkaniu napawała mnie przerażeniem. Na koniec zaprzyjaźniłam się bardzo z obydwoma. Jedna z nich stała się moją najlepszą przyjaciółką, z którą wiele przeżyłam.
Po chwili pojawia się Hiszpan Emilio. Wita mnie po hiszpańsku, całując w obydwa policzki. Ja muszę sprawiać niezbyt przyjemne wrażenie po 4 dniach podróży. Pokazują mi dom, mój pokój. I tu zaskoczenie jeszcze rośnie. Mieszkanie jest olbrzymie - 50-metrowy korytarz, ogromne pokoje, dwie łazienki, duży salon, za to bardzo mała kuchnia, ale mieścimy się zawsze bez problemów i kłótni. Tylko czasem, gdy trzeba zrobić pranie, dochodzi do scysji, bo pranie drugiej osoby jest ważniejsze od twojego, bo właśnie skończyły się skarpetki czy bielizna.
Kilka godzin po mnie przyjeżdża Dominique - Belgijka. Tym razem ja pełnię funkcję witającej. Na wieczór, jako ostatnia, przyjeżdża Enora. Moja przyszła przyjaciółka. Jesteśmy w komplecie. Na razie rozmawiamy po angielsku. Virginie i Emilio mówią płynnie po włosku. Dla Hiszpana włoski nie jest wielkim wyzwaniem. Dla mnie trochę większym. Jesteśmy w komplecie - moja "rodzina" na najbliższy rok.
PALERMO
Palermo jest wielkim miastem, piątym co do wielkości we Włoszech, na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o przyjazność mieszkańcom i warunki życia. Ja się w nim zakocham. Palermo otoczone z trzech stron górami schodzi łagodnie do morza. Nad miastem góruje Monte Pellegrino - Góra Pielgrzyma, na której znajduje się sanktuarium św. Rozalii - patronki, która uratowała Palermo od zagłady.
Palermo jest duszne i zakurzone. Odnajduję centrum historyczne podzielone przez Quatro Canti (Cztery rogi) na cztery dzielnice. Właśnie tutaj stoją jeszcze budynki pamiętające II wojnę światową, nie odbudowane i nie odrestaurowane. Stare Palermo staje się szybko moją ulubioną dzielnicą. Ma swój niepowtarzalny klimat. Tak właśnie wyobrażałam sobie to miasto. Jednym z najciekawszych, a na pewno najśmieszniejszym budynkiem jest pałac na Piazza Bologni. Znajduje się tam pamiątkowa tablica z napisem: "W tym pałacu przez 2 godziny odpoczywał Garibaldi". Dla tych, którzy nie znają historii Włoch, wyjaśniam, że Garibaldi połączył republiki włoskie w jedno państwo. Tylko włoskie poczucie humoru i autodystans pozwala uczynić z tego budynku pomnik narodowy.
Przyzwyczajam się wolno do nowych ulic, ale są już rejony, w których czuje się "jak u siebie". Nie korzystam z mapy, staram się pytać przechodniów jak gdzieś dojechać. Widząc, że jestem obcokrajowcem, zawsze oprócz wskazówek pytają skąd jestem i co robię. W autobusie natychmiast nawiązuje się rozmowa między pasażerami na mój temat. Po roku znam Palermo lepiej niż niektórzy mieszkający tu od zawsze. Najbardziej się cieszę, gdy jakiś turysta pyta mnie jak gdzieś dojść.
ARCIRagazzi
Tak nazywa się moja organizacja goszcząca, w której odbywać będę projekt. Na czym on polega? Przed wyjazdem przeczytałam w aplikacji, że będę się zajmowała dziećmi w świetlicy środowiskowej w jednej z najgorszych dzielnic Palermo. Po przyjeździe dowiaduję się, że będę również pracowała z młodzieżą bezrobotną. Taka praca bardzo mi odpowiada, ponieważ wiąże się to z tematyką moich studiów. Zanim zaczniemy pracować, przechodzimy kilka szkoleń dotyczących samej organizacji, pracy z dziećmi, prowadzenia warsztatów. Okazuje się bowiem, że sposób pracy tutaj jest trochę inny.
Z początku wydaje mi się, że praca polega na ciągłej zabawie i nic nie wnosi. Dopiero po jakimś czasie zaczynam rozumieć, że tutaj tylko przez zabawę można zachęcić młodych ludzi do dalszej nauki. Na nic zdają się rozmowy i przymuszanie do nauki. Młody człowiek musi sam zrozumieć, że tylko dzięki nauce może coś osiągnąć i wyrwać się z dzielnicy, w której jest ogromne bezrobocie, a na każdym rogu można kupić narkotyki. Do świetlicy przychodzą dzieci, a także młodzież do 24 roku życia. Trochę się ich boję, ponieważ wiem jak wielka jest między nami różnica. Jestem obcokrajowcem, nie mówię po włosku, nie znam sycylijskiego, jestem na ich terenie. Z początku jest trudno, ale powoli, z czasem przychodzi zaufanie i przyjaźnie. Pod koniec naprawdę żal mi wyjeżdżać. Osiągnęłam to, co niemożliwe - zaprzyjaźniłam się z dziewczynką, która wcześniej nienawidziła obcokrajowców. Na koniec mnie całuje i mówi, że będzie tęskniła.
PRZYJACIELE
Im zawdzięczam najwięcej. Najwięcej nauczyłam się od nich. Gdyby nie oni, nie nauczyłabym się włoskiego tak szybko. Kurs zorganizowany przez organizację goszczącą okazał się niestety niezbyt dobry, dlatego zdecydowaliśmy się z niego zrezygnować. To dzięki niezliczonym, często pełnym przejęzyczeń rozmowom ze znajomymi tak wiele się nauczyłam. Dziś mówię po włosku bardzo dobrze.
Sycylijczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców. Zawsze służą pomocą, a ich gościnność jest conajmniej taka jak nasza, polska. Ile razy byłam zapraszana na rodzinne obiady, trudno policzyć, ale nie da się nie zapamiętać.
Dzięki przyjaciołom przetrwałam tęsknotę, która od czasu do czasu dawał mi się we znaki. To dzięki nim Palermo stało się moim drugim domem.
KIM JESTEM?
Co mi dał rok pobytu na Sycylii w ramach Wolontariatu Europejskiego? Tak wiele, że trudno to wszystko zapisać. Rok w innym państwie to przede wszystkim nauka kultury i obyczajów danego kraju. Poznanie nie tylko tych najbardziej oczywistych aspektów kultury, jakimi są zabytki czy jedzenie. To poznanie także rzeczy, które dostrzega się dopiero przy dłuższym pobycie, poznanie charakteru narodowego. Sycyliczycy mają bardzo duże poczucie sycylijskości, trochę mniejsze poczucie włoskości. O rządach i o tych "na górze" dosłownej i w przenośni wyrażają się z pogardą.
Rok w Palermo to nauka języka, którym teraz władam prawie bez problemów. A myślałam, że to niemożliwe. Rok w Arciragazzi to poznanie innego stylu pracy tak odmiennego od naszego północno-europejskiego, zdobycie doświadczenia, które na pewno mi się przyda. To wielkie przyjaźnie, które zostaną na całe życie. PARTIRE E ANCHE TORNARE
To wers z piosenki jednej z najsławniejszych włoskich piosenkarek Fiorelli Manoi. Znaczy "wyjeżdżanie to także wracanie". Taka jest kolej rzeczy. Po roku przygotowania do powrotu. Też pociągiem. Pakowanie walizek - wszystkiego za dużo. Łzy, bo muszę zostawić niektóre rzeczy. Nie zmieszczą się. Być może przywiozą je sycylijscy przyjaciele. Pożegnania z tymi, którzy nie przyjdą na stację, ostatni sycylijski obiad. Droga na stację. Ostatnie spojrzenie na ulice i budynki, które stały się "moimi" ulicami i "moimi" budynkami. Stacja. Łzy. Odjazd. Rzym. Wiedeń. Warszawa.
Rok temu, w połowie września nie mogłam uwierzyć, że spędzę 365 dni na Sycylii. Wydawało mi się to wręcz niemożliwe do osiągnięcia. Rok z dala od domu, rodziny i przyjaciół, w obcym miejscu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jak będzie wyglądało moje życie tam. Teraz jestem z powrotem w Warszawie i znów nie wierzę, że byłam rok na Sycylii, że weszłam na Etnę, przeżyłam trzęsienie ziemi, że pracowałam w Arci z dziećmi, których na początku zupełnie nie mogłam zrozumieć, że poznałam tak wielu wspaniałych i wartościowych ludzi. Ale wiem, że tam byłam. Przywiozłam setki zdjęć. I doświadczenie to zostanie na zawsze w moim sercu i pamięci.
Agnieszka Moskwiak |
|
 |
|
|
 |
| |
|